ritual-de-lo-habitual blog

Twój nowy blog

1

3 komentarzy

Jeden spontaniczny wypad ze starym znajomym, jak dawniej, uświadamia mi, że czegoś mi w życiu brakuje.
Nic szczególnego nie robimy, przejażdżka, ustawienie sprzętu w studio, rozmowa przy kawie. Jak kiedyś. Jego codzienny rytuał, który wciąż oglądam tak jak zwiedzający ogląda park jurajski. Gadanie o pracy, pomysłach i możliwościach. Umacnia mnie to gadanie i jednocześnie rozmiękcza. Obserwuję go w rozmowie i przy pracy. Skrycie podziwiam. Młodszy ode mnie, ale pełen zaufania do siebie, silny, pogodny. Budzi respekt. Łudzę się, że część tego przejdzie na mnie. Muzycy w studio nagrywają numer, który pachnie choinką i piernikami. Chciwie chłonę strzępy ich rozmów, śmiechy i krzątaninę. Normalnie jak bezdomna.
Próbuję zakończyć tę notkę i zlokalizować dziurę, którą ucieka mi powietrze. I więcej chyba już dziś nie znajdę. Naprawdę tu jestem?

moc

2 komentarzy


Dziwne godziny. Czas oczekiwania, nie wiadomo na co. Czas tworzenia, poszukiwania, niecierpliwego przeszukiwania palcami, biegania myślami, niepokój. Twórczy, ale nie lękotwórczy. I Em myśli tak samo. Widzę, jak od kilku dni przestawia meble, wyciąga wreszcie zimową kurtkę, podejmuje ważne decyzje, zastanawia się nad przyszłością zespołów, w których gra, kręci się wierci jak owsik. Jeszcze długo po tym jak zamykam za nim drzwi czuję na skórze jego dotyk. To już zupełnie inny temat, ale chcę o tym mówić. Najbardziej tęsknię zaraz po rozstaniu (chodzi o takie małe rozstanie, jeszcze nic nie wiecie o Em, skąd więc możecie wiedzieć że chodzi tylko o rozstanie, kiedy on jedzie do pracy o siódmej. No właśnie: tylko?), kiedy jeszcze mam jego zapach na płaszczu, rozczochrane włosy i wargi miękkie od długiego całowania.


Ja nie wiem. Może to perfumy mnie oszałamiają, a może dobre jedzenie? Może jem za dużo sera? Albo to faza księżyca. Albo Benny Carter. If I had you. Charlie Barnet. Blues in the night. Nie mogę też zapomnieć o kluczowym znaczeniu hormonów, które lekarze kazali mi łykać garściami. Ale skracając tok myślenia – czy hormony mogą sprawić, że zacznę grać na pianinie?
Wczoraj oglądałam odcinek Doktora Grześka Doma, w którym facet był hojny z powodu guza na tarczycy (–> hormony). Gdzieś niechcący zahaczam o problem połączenia duszy z ciałem – jeszcze chwila, a zacznę przynudzać o Kartezjuszu (taki fragment dla tych, którzy tęsknili za moimi filozoficznymi dywagacjami). Trudno mi znieść myśl, że nastrój, zachowanie, sposób myślenia zależy od ilości i jakości hormonów, poziomu glukozy i dotlenienia komórek. LOL. LOL. Gdzieś już o tym pisałam, ale to tylko znaczy, że nie zdołałam się z tym uporać.

Myśleć. Działać. Tworzyć. Decydować.
Coraz mniej Gombrowiczowska jestem. Nabieram kształtu. Nabieram chceń. Chcę i mogę i robię. Lubię myśleć i mówić na głos: „Złożyłam zamówienie na Ukochanego – proszę, dostałam. Wystarczyło złożyć w kształt. Z resztą też tak będzie”. 
Mam poczucie miłości. Mam poczucie mocy. 

Wykluczając panownie nad czcionką ;))

Brak komentarzy

Jest tak.
Kompletna cisza. Na biurku niedopita melisa, popielniczka z dymiącym papierosem, podarte losy i sterta zapisanych kartek. Nalepka z napisem Sun For Miles. Guzik od płaszcza. Płyty Forge of Clouds, Tides from Nebula, Blindead. Notes otwarty na stronie 29.10 z narysowanym nagrobkiem. Pusta butelka po gazowanym napoju. Wkładka do katalogu FM. Słuchawka do komunikatora. Na regale sterta pomarszczonych już kasztanów. Paczka chusteczek. Telefon, który wciąż dzwoni. 

W gabinecie stomatolog (idealna kopia Reese Witherspoon) przykleja mi plaster na zranione dziąsło, które nie chce się goić. Obmacuje mój policzek i wsadza palce dokładnie tam, gdzie bym nie chciała. Jęczę z bólu. Natychmiast przestaje, kiwa głową. Powiększony węzeł chłonny – diagnozuje. W ciągu dwóch minut jej asystentka robi mi zdjęcie panoramiczne.

- Nie ma stanów zapalnych w pobliżu węzła chłonnego, a coś sieje. Zastanawia mnie jeszcze TO – pokazuje mi na monitorze komputera kółko przy zdrowym zębie. No proszę cię, bez jaj!

- No i ten ząb jest do usunięcia oczywiście – wskazuje na potwora, zupełnie inny ząb, który rośnie w poprzek. Tak, tak, wiem wiem. Kiedyś to musiało nastąpić. Mam jakieś mgliste wspomnienia z usuwania ósemki po drugiej stronie. Mgliste, bo mnie naćpali. Wiedzieli o potworze, ale nie mogli mi wyrwać dwóch na raz. Tak czy owak Reese zapowiada dalszy ciąg atrakcji we czwartek – będę miała konsultację z chirurgiem. Tymczasem mam się umówić na badania z resztą lekarzy. Miodzio. Bardzo mnie to uspokaja.

Postanowiłam zachorować.

Dziwne postanowienie, nikt przy zdrowych zmysłach nie postanawia złych dla siebie rzeczy. Chyba że nie ma wyjścia. Let’s face it: jestem pracoholiczką i jeśli nie zachoruję, wykończę się pracą. Jeszcze do niedawna wstawałam o 6:00, pracowałam przy kompie, wychodziłam o 8:30, spędzałam 4 godziny praktyki w przedszkolu, przechodziłam kilka ulic dalej, gdzie spędzałam popołudnie i pół wieczoru z dochodzącymi do siebie po chorobie Lokami, po czym wędrowałam do Klubu, o ile była tam jakaś impreza (jest prawie codziennie). Po ocenie promocji imprezy i wypiciu butelki piwa ze znajomymi lądowałam w domu ok. 23:30. Kiedy nie szłam do Loków, udzielałam korepetycji i chodziłam na psychoterapię grupową (pierwotne założenie było takie, żeby nauczyć się radzić sobie ze skłonnościami depresyjnymi, ale pojawiły się zupełnie inne rzeczy). Odpoczywałam w weekend, o ile nie wypadał wtedy zjazd na uczelni.
Cóż, wygląda na to, że kiedyś musiałam się zmęczyć. Jeszcze zanim skończyłam praktyki i terapię zaczęłam się łamać. Psychicznie. 
A ostatnio fizycznie. Wypiłam w pracy drinka (tak wiem, wielu z Was chciałoby pić w pracy, ja mogę bezkarnie), potem był after z piwem u znajomej z osiedla z ową znajomą i z Oceanem, a potem wstałam z potwornym kacem. Kac nie minął, co jakiś czas zaczyna mnie boleć głowa, a także brzuch i lewa strona szczęki. Nie pasuje to do żadnej ze znanych mi jednostek chorobowych. Trudno mi jeść, trudno mi się skupić, rozmemłałam się psychicznie. Chodzę jak naćpana, odwołałam wszystko i czuję się jak kowboj mrużący oczy w słońcu z ręką gotową do zanurkowania w kaburę. Potworna słoneczna cisza.

Bardzo często myślę sobie o tym, co napiszę – zwłaszcza kiedy wracam do domu późnym wieczorem. Idę z odległego końca mojego osiedla i w czasie tego kwadransa moje myśli wydają mi się świeże i genialne, a kiedy już przychodzę i siadam do komputera, są podobne do rzodkiewek, które leżą drugi tydzień w lodówce. 

A dziś był bardzo dobry dzień. Wprawdzie nie od rana, bo wstałam wkurwiona i chciałam rzucać pracę, a właściwie trzy prace, bo nie wyrabiam się na czas i czuję się niekomfortowo będąc taka nieidealna. Po rzuceniu kilkoma kurwami, zjedzeniu porządnego śniadania i wypiciu dobrej kawy trochę mi przeszło jednakowoż. To przerażające, prawda? – chodzi mi o to, że tak niewiele może zmienić światopogląd o 180 stopni…
Napisałam świetną ofertę współpracy dla przyszłego współorganizatora-sponsora, rozrzuciłam plakaty z imprezami na maj, wysłałam tekst do portali, przygotowałam się do korepetycji, pojechałam do mojego 50-letniego ucznia i przetłumaczyliśmy kolejny kawałek książki. Wszystkie te rzeczy zasługują na pochwałę i pogłaskanie się po głowie, na wspaniałego gofra albo niewiemco!
Potem kupiłam imieninowy prezent dla siostry i zahaczyłam o klub, dla którego pracuję. Zostałam tam dłużej, niż zamierzałam.
Ucięłam sobie przemiłą pogawędkę ze stałymi bywalcami. Jeden z nich, właściciel agencji reklamowej, zaproponował mi współpracę. A wiecie dlaczego? Dlatego, że usłyszał moją rozmowę z jego kumplem-pracownikiem stacji telewizyjnej na temat artykułów w TV i promocji knajpy. Pamiętam dobrze tę rozmowę. Nie byłam wcale błyskotliwa, wyciągałam od niego informacje, dowiadywałam się, jak to wszystko działa. I dziś M. mówi mi, że potrzebuje takich ludzi jak ja.
Hej, nie chodzi mi o to, że ktoś mnie potrzebuje, że ktoś proponuje mi pracę. Jestem zdumiona tym, jacy nieświadomi jesteśmy tego, co się dzieje wokół. Patrzysz, myślisz, mówisz i robisz swoje. Żyjesz sobie. A ktoś z zupełnie innego świata obserwuje cię i może myśli o tobie coś fajnego. Taka myśl na dziś.
I jeszcze trochę myślę o mężczyźnie, który napisał mi jakiś czas temu, że nie może spać i tylko mój całus może mu pomóc. Pierdolony Nieśpiący Królewicz.   ;)

Niechcący nastąpiła konfrontacja Ja-Ocean. Naprawdę, tak niechcący, że mam ochotę krzyczeć „PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM!”
Przypomnijmy odwieczne zasady.

Ocean należy pokornie obserwować.
Żadnego rzucania się w fale, żadnego pływania, harcy z materacem, nie wspominając już o łódkach.
Nic z tych rzeczy. Można patrzeć do woli. Słuchać do woli. Zanurzać stopy.
Wyłowić muszelkę do kolekcji. I na tym trzeba skończyć.

Słoneczne blaski nie powiedzą mi co jest tam, głęboko, w środku. Ślizgają się po powierzchni. Uwodzą mnie świetlne miraże. Słyszę szepty. Wydaje mi się, że widzę żaglowiec.

Bali Eyes

7 komentarzy

Spotkałam czlowieka pełnego sprzeczności. Gdybym miała dać mu inne imię, niż to, które nosił od zawsze, nazwałabym go Ocean.
Ma w sobie swobodę, której nie jestem w stanie ogarnąć. Zajmuje się rzeczami, na których kompletnie się nie znam, ale nie czuję się przez to mniej wartościowa. Potrafi o nich pięknie opowiadać. Z pasją. Zadaję dużo pytań, a on odpowiada na każde z nich. Jestem jak dziecko – zadaję ich coraz więcej badając, kiedy rozmówca straci cierpliwość. A on nie stracił jeszcze ani razu! 
Rozmawiamy coraz więcej ze sobą i jestem coraz bardziej zdziwiona tym, że Ocean ma tyle odcieni błękitu i zieleni. Czuję się jakbym siedziała na plaży i spoglądając na fale pisała Nowy Słownik. Na nowo definiuję pewne rzeczy.

Piasek jest ciepły, ale zastanawiam się, jak długo mogę siedzieć na tej plaży.

P.S. Nie umiem pływać.

Kiepscy.
- Aniołku, kupię tego opłatka z sianem! – woła zażywna blondyna ze sporym odrostem za Go. w stroju anioła.
- Ale, ale! Ile ich tam jest, tych opłatków… – zastanawia się stojący u jej boku łysawy jegomość w dresie.
- W tym zestawie jest sześć dużych i trzy małe…
- E tam! – macha ręką dresiarz. – Bierzemy! Najwyżej babce nie damy!

Lubieżnik.
Przechadzam się po supermarkecie w fioletowej sukience i ogłaszam promocję. Namawiam do kupna czekolady i tulę do siebie trzy fioletowe maskotki-krowy. Przygląda mi się brodaty facet. Patrzy lubieżnie i mówi:
- Ale bym wymiętosił tego małegooo…

Tourette.
Na oko siedmioletni chłopiec pomaga babci i mamie spakować zakupy do toreb (w tym supermarkecie nie pakuje się w reklamówki). Popija niebieski napój energetyzujący, beka i wyrzuca z siebie:
- Bida, nyndza, nic poza tym! Bida, nyndza, nic poza tym!
Podnosząc dużą torebkę herbaty z gratisem w środku zwraca sam sobie uwagę:
- Żebyś mi tylko tego kubka nie rozbił! Bida, nyndza, nic poza tym…

„Justin Bieber. Not that I know… who he is…”
Ko. niesie swoje zakupy w plecaku, idzie żwawym kokiem. Lewie go poznaję, bo zamienił okulary na soczewki kontaktowe. A on mnie poznaje od razu. Uśmiecha się szeroko, wita się wylewnie. Wymieniamy newsy. Niedawno był na konkursie. Śpiewał piosenkę, ale nie wie czy wygrał. Proszę go – tak trochę żartem – by ją zaśpiewał, spodziewam się odmowy: Ko. ucieka wzrokiem, szuka czegoś w kurtce.
- Mam tu podkład pod tę piosenkę – mówi wyciągając telefon. Ustawia go i po kilku taktach wstępu zaczyna śpiewać. Najpierw cicho, do ucha, jakby śpiewał kołysankę. Potem odsuwa się ode mnie teatralnym gestem i śpiewa coraz głośniej. Jestem tak zaskoczona, że nie wiem, jak mam się zachować. Otwieram coraz szerzej oczy ze zdumienia. Oto znalazłam się na planie jakiegoś musicalu i zaraz, zza linii kas, wyjdą jacyś ludzie i zaczną tańczyć, a Ko. zedrze z siebie codzienne ciuchy i też zatańczy, w białym garniturze, i zastepuje w cadillakach. Myślę sobie, że jest o wiele lepszy od Michaela Buble, w tej chwili nawet lepszy od Kurta Ellinga.
Siła rażenia jego głosu jest ogromna: uśmiechają się kasjerki, ochroniarze i klienci. Ci ostatni spowalniają kroku; nie chcą jeszcze wychodzić. Jest miło, ciepło i świątecznie, kiedy tak śpiewa. Być może są tacy, dla których to jedyna szansa, by poczuć cudowną atmosferę świąt. Właśnie tu i teraz. W supermarkecie. Głos Ko. jest magnetyczny, wesoły, przepełniony ciepłem. Chce się go słuchac i słuchać, ale wszystkie piosenki świata mają koniec.
Kiedy Ko. kończy śpiewać i dostaje oklaski, jestem pewna, że wygrał.

Wariatka.
Ma wielkiego koka na głowie, przewiązanego apaszką. Czerwoną, jak wszystko, co ma na sobie: przytulny miękki sweter, spódnice zrobione z upiętych szali, chusta narzucona na ramiona. Idzie przez pasaż tanecznym krokiem. Zaczepia Go. przebraną za anioła. Pyta ją, co tu robi, czy w niebie jest za zimno, czy jej aby skrzydła nie przeszkadzają i kiedy wraca. Go. odpowiada na wszystkie pytania bez mrugnięcia okiem. Jest śmiertelnie poważna.
- Pozdrów ode mnie Pana Boga. - mówi pani w czerwonym wracając z toalety. – Albo nie! – krzyczy. Zamiera na chwilę, na jej czole pojawia się zmarszczka. Myśli. Rozważa coś.
- Lepiej daj mi znać, jak będziesz wracać – mówi. Zmarszczka wygładza się, jej oczy znowu zaczynają błyszczeć.
Idąc przez pasaż rozsyła wszystkim całusy zdmuchując je z dłoni. Wesołych Świąt.

Zrobiłam coś, co sprawiło, że patrzenie na zdjęcie S. powoduje u mnie odruch wymiotny. Nie mogę powiedzieć co, ponieważ nie znoszę krytyki. W każdym razie wczoraj późnym wieczorem poczułam się wolna i to trwa! Być może znowu poczuję się zniewolona za kolejne dwa dni, ale tym będę martwić się za dwa dni.
Tymczasem poszłam robić warsztaty z ekonomii społecznej w technikum. Wiecie, takie z prezentacją w Power Poincie na rzutniku, ulotkami i robieniem zdjęć do dokumentacji. Nie wiem kiedy i jak, popłynęłam, olałam laptopa, wciągnęłam grupę do dyskusji, w pewnym momencie zadzwonił dzwonek, a oni nie wybiegli, tylko zaczęli klaskać.

LOL
Jestem dobra!


  • RSS